Biegun ciepła

Tarnów — 13 października 2015 — Udostępnij 

Biegun ciepła

Tarnów — 13 października 2015 — Udostępnij 

W drodze do Tarnowa zaczął padać śnieg. Jechaliśmy autostradą i co kilkanaście kilometrów mijaliśmy rozbite samochody. Nie że poważnie, ale faceci i tak stali na drodze z telefonami i próbowali wydzwonić jakąś pomoc drogową. Dookoła było idealnie biało.
Ale w samym Tarnowie było tylko szaro – bo tutaj zamiast śniegu leciał z nieba deszcz. Był lodowaty i był bardzo.
– Mogę się z panem spotkać teraz – powiedział mi A. przez telefon, mimo że byliśmy umówieni nieco później. – Miałem wyjechać do Krakowa, ale nie w tę pogodę. Za miastem pewnie leży mnóstwo śniegu.
Przyjechał do hotelu po dziesięciu minutach. Zamówiłem mu kawę, bo to był warunek spotkania. Z plecaka wyjął drożdżówkę i zaczął ją bezczelnie jeść. Kelner chrząknął, ale A. odwdzięczył mu się takim spojrzeniem, że tamten się zawinął i już nie wrócił nawet z rachunkiem.
– Ja tu ich wszystkich znam – powiedział usprawiedliwiająco.
– Skąd pan wiedział o tym śniegu za miastem? – zapytałem. – Tu ledwo posypało.
– Tu jest biegun ciepła – odpowiedział. – Polski biegun ciepła.
Zrozumiałem to, gdy pojechaliśmy na Górę Świętego Marcina. Miałem stamtąd zobaczyć cały Tarnów, ale właściwie nie było nic widać. Nad miastem unosiła się wodnista zawiesina. Tkwiła w dolinie między wzgórzami i nie miało jej co stąd przewiać. Dlatego tu jest zawsze trochę inna pogoda niż gdzie indziej. Biegun ciepła.
Po ruinach zamku snuło się dwóch hiperrobociarzy w uwalanych farbą kombinezonach. Wyglądali na rozczarowanych, a chyba zerwali się z roboty, by popatrzeć na miasto, tak jak my. Poza tym było pusto. Stanęliśmy w najwyższym miejscu i Alek zaczął mi opowiadać, gdzie co jest. Podobało mi się to, bo mogłem sobie jedynie wyobrażać te wszystkie budynki i ulice, o których mówił.
– Zwykle takie duże zakłady lokuje się na wschód od miasta – tłumaczył mi później, gdy jechaliśmy w stronę Azotów – bo w Polsce większość wiatrów wieje z zachodu na wschód. Ale tutaj jest inaczej. Zakład jest na zachodzie, bo tam była rzeka. Więc jest trochę na odwrót i wszyscy zawsze żyli tu w strachu, że jak coś w Azotach walnie, to chmura poleci na miasto i będzie pozamiatane. Za komuny podobno kilka natowskich rakiet było skierowanych na te zakłady, więc strach był podwójny.
Im dłużej po tych Mościcach łaziliśmy, tym trudniej było mi pozbyć się wrażenia, że to, co wisi w powietrzu, to jakieś trujące chemikalia, a nie zwykły październik. Tu i tam natykaliśmy się na głośniki, przez które w razie większej awarii w zakładach mieli nadawać ostrzeżenia. Żeby zamknąć okna i uszczelnić mokrymi kocami czy coś z tych rzeczy. Ale wszyscy i tak doskonale wiedzieli, że jak coś walnie naprawdę, to żadne koce nie pomogą.
– Ale powietrze – powiedział Alek, wsiadając do samochodu – to i tak jest tu lepsze niż w Krakowie.
Fundacja Grand Press Instytut Reportażu Wydawnictwo Karakter Polskie Radio Olympus Tygodnik Polityka Bla Bla Car Projekt i wykonanie
Michał Szota, 2015