Bliskość morza

Słupsk — 13 grudnia 2015 — Udostępnij 

Bliskość morza

Słupsk — 13 grudnia 2015 — Udostępnij 

Daniel Odija powiedział mi kiedyś, że mieszka w Słupsku, bo musi mieć w pobliżu morze. No to dziś pojechaliśmy do Ustki. Było cholernie zimno i padał deszcz ze śniegiem. Autobus przedzierał się przez tę sraczkę niecałe dwa kwadranse i wypluł nas na pustym placyku nieopodal deptaka. Poczłapaliśmy na plażę, kuląc się przed wiatrem. Miasteczko było wyludnione i ciche. Na plaży – nikogo. Mieliśmy w planie pospacerować, ale było tak parszywie, że poszliśmy na grzane wino, mimo że ledwo minęła jedenasta.
– W liceum przyjeżdżaliśmy tu z kolegą na sztormy – mówił Daniel, gapiąc się za okno. – Szliśmy na koniec pirsu, kucaliśmy tuż przy murze, a nad nami przewalały się fale. Morze się przewalało. Bo to jest najbardziej puste morze świata, sam widziałeś, pusty horyzont. Woda i wiatr, który dociera aż do Słupska. Przez to miasto jest bardziej melancholijne – tam się ciągle za czymś tęskni.
Przestało trochę padać, więc ruszyliśmy w stronę plaży. Przy pirsie spotkaliśmy poławiacza bursztynu. Miał na imię Łukasz, przyjechał ze Słupska. Mówił krótkimi, postrzępionymi przez wiatr zdaniami.
– Najstarsze mają czterdzieści milionów lat. Czterdzieści milionów. To dużo. Te są najpiękniejsze. I najdroższe. Na te się czeka najbardziej. Sezon się dopiero rozpoczął. Jesienne i zimowe sztormy. Im więcej, tym lepiej. Przyjeżdżam na kilka godzin, więcej nie da rady.
– A te ręce? – zapytałem, spoglądając na jego czerwone dłonie, w których rozmakał ogarek papierosa. – Mnie jest zimno na sam ich widok.
– Można je rozgrzać przy robocie. Ja tego nie czuję – odpowiedział. – Kilka godzin i do domu.
Kawałek dalej do kąpieli przygotowywał się lokalny klub morsów. Najpierw trochę się rozgrzewali na piasku w ubraniach, a potem się rozebrali. Mieli tylko neoprenowe skarpetki, rękawiczki oraz wełniane czapki na głowach. Ich skóra była blada, niemal przeźroczysta. Gdy wchodzili do morza, miałem wrażenie, że się z nim stapiają. Dopiero po kilku minutach ich ciała robiły się coraz bardziej czerwone. Zaczynały się wyraźnie odcinać, były jedynym źródłem koloru w stalowym krajobrazie.

Szukając w Słupsku dowodów bliskości morza, trafiłem do muzeum. Przeczytałem bowiem, że wiszą tam dwa statki zmarłych. Pisał o nich niemiecki etnograf Siegfried Gliewe.

„Jest to niewątpliwie upamiętnieniem piękniejszym niż pomnik nagrobny, który butwieje na cmentarzu. Tutaj [w kościele] będzie on oglądany w każdą niedzielę i piątek. Tutaj powieszony unosi się jak anioł w przestworzach. Wydyma swoje żagle i radośnie żegluje, choć nie ma wody pod kilem, a grotmaszt wisi na sznurze konopnym. Tylko czasem, gdy spocznie na nim spojrzenie obecnych w kościele podczas długiego kapłańskiego rozważania, obróci się po cichu, jakby wiatr zawiał i musi tylko obrać nowy kurs. Można pomyśleć, że to zmarły sternik i dlatego noszą one dla siebie odpowiednią nazwę: Statki zmarłych”.
(cytat za: Magdalena Bonowska „Przemijanie. Śmierć, pogrzeb i życie pozagrobowe w wyobrażeniach mieszkańców Pomorza Zachodniego na przełomie XIX i XX wieku”)

Spróbujmy objąć morze i czas – nie starczy nam ramion.
W przeciwieństwie do mózgu, który mieści się w dłoni,
czas i morze nie mieszczą się w mózgu.

Daniel Odija  „Morze/Kodap” z cyklu „Legendy pomorskie”

Fundacja Grand Press Instytut Reportażu Wydawnictwo Karakter Polskie Radio Olympus Tygodnik Polityka Bla Bla Car Projekt i wykonanie
Michał Szota, 2015