Kolor nieba

Płock — 1 lutego 2016 — Udostępnij 

Kolor nieba

Płock — 1 lutego 2016 — Udostępnij 

Pod katedrą Mariawitów zrozumiałem, do czego dążył. Dawno nie widziałem nic tak pięknego. Miała kolor styczniowego nieba. Jakby tylko Mariawici wiedzieli, że z wiatrem nie ma co walczyć, że trzeba iść z nim na układ.

Podobny wiatr wiał w miastach na północy. Docierał znad morza i pędził ulicami, jakby wiedział, że nic więcej już nie osiągnie, że musi się wyszaleć, zanim zupełnie straci impet i zniknie. Tam, w Słupsku, Koszalinie i Elblągu był całkowicie uzasadniony, w ogóle nie dziwił. Tutaj się go nie spodziewałem. A gnał tak samo, tyle że nie od morza, a od rzeki. Jego znaczenie zrozumiałem dopiero później. Wsiadłem do autobusu i pojechałem wgłąb miasta, bo pomyślałem, że to zbyt łatwe chodzić po skarpie i zachwycać się widokami. Dojechałem pod Orlen Arenę, chwilę połaziłem, zrobiłem kilka zdjęć i zacząłem wracać. Szedłem przez osiedla, bo tu wszędzie poza centrum stoją bloki i wszystkie są przeraźliwie kolorowe. Ale po kilku przecznicach coś dziwnego zaczęło dziać się z tymi barwami. Im bardziej zbliżałem się do rzeki, tym stawały się bledsze, traciły na wyrazistości. Nikły. Wzmagał się za to wiatr. W prześwitach między blokami zrywał z głowy czapkę i sypał w oczy piachem. Na Zduńskiej wył w szczelinach płotów, przewiewał śmieci i uginał ludzi. Tutaj kolorów już właściwie nie było. Wokół rynku wiele domów stało opuszczonych, niektóre z nich nie były nawet otynkowane. To znaczy pewnie kiedyś były, ale wiatr zdarł z nich tynki i odsłonił mury. Bo to chodziło o wiatr, teraz już rozumiałem. Z uporem ścierał kolory i kształty. Chłostał mury z groźnym poświstem. Bladość tej części miasta to była jego robota.

– A nie boicie się tu mieszkać? Nad samą wodą? – zapytałem.
– Tylko raz podeszła – odpowiedział, nie wyjmując z ust papierosa. – W osiemdziesiątym drugim, jak ta wielka powódź była. Całe Radziwie zalało, a u nas tylko pod schodki podeszło. Wyszedłem wtedy na podwórko, popatrzyłem i wiedziałem, że się nie wedrze.
– Skąd pan wiedział?
– No wiedziałem. Nawet ziemniaków nie przeniosłem na górę. Jak się tyle lat po tej rzece pływa, to się takie rzeczy po prostu wie.

– Wiesz, ja lubię tę rzekę i tę skarpę. Skarpę lubię chyba nawet bardziej. Głównie za to, że pozwala patrzeć na ptaki z góry.

Miasta z portami są lepsze od tych bez portów. Nawet jeśli nikt ich już nie używa. Obecność łodzi, choćby takich wyciągniętych na brzeg, nadaje miastu charakter, szorstkiej surowości. Można sobie obecnością portu fałszywie tłumaczyć choćby pustki na ulicach.

Następnego dnia pojechałem na Radziwie, bo chciałem zobaczyć tutejszy port. W zamarzniętym basenie stało kilkadziesiąt jednostek, niektóre barki całkowicie wyciągnięto z wody. Zrozumiałem, gdzie podziały się kolory z tamtego brzegu. Tu w porcie było ich składowisko, mieszały się z rdzą i pustką późnego, niedzielnego popołudnia. Tak to sobie wyobrażałem: puszczą lody i uwolnią stojące tu łodzie, które zabiorą ze sobą wszystkie kolory miasta.

Fundacja Grand Press Instytut Reportażu Wydawnictwo Karakter Polskie Radio Olympus Tygodnik Polityka Bla Bla Car Projekt i wykonanie
Michał Szota, 2015