Niedziela

Bielsko-Biała — 15 listopada 2015 — Udostępnij 

Niedziela

Bielsko-Biała — 15 listopada 2015 — Udostępnij 

Niedziele są najgorsze, bo nie ma co robić. Zawsze się ich trochę boję, miasta są wtedy puste, niektóre całkowicie wyludnione. Tylko w okolicach mszy zapełniają się ludźmi. Jak się nie jest miejscowym i nie ma niedzielnego obiadu w planach, to nie za bardzo wiadomo, co ze sobą zrobić. Ale tutaj było inaczej. Nie żeby tłumy na ulicach, ale było jakieś życie. Poszedłem do Aquarium, bo wszyscy mi mówili, że to najfajniejsze miejsce w całym mieście. Chciałem się napić kawy. No i gdzieś przeczytałem, że są tam bardzo duże okna.
Okna rzeczywiście były spore. O kawie nie miałem jednak co marzyć. Cała sala była nabita ludźmi. Przemieszczali się małymi kroczkami i systematycznie przeglądali zawartość kartonów pełnych starych winyli. Stały wszędzie – na krzesłach, kanapach i podłodze.
Zrobiłem kilka zdjęć i zacząłem się zbierać. Po schodach szedłem za jakąś parą:
– Przecież ty nawet nie masz gramofonu – powiedziała ona z wyrzutem.
– O Jezu, Anka, weź nie komplikuj – odpowiedział on.

Kolejka jeździła, ale na widoki nie było szans. Gondolka wyskoczyła z dolnej stacji, chwilę poszamotała się na linach, a potem miękko wpadła w chmurę. Podróż trwała dziesięć minut. Koleś u góry był szczerze zadziwiony moim widokiem. Stał za niewielkim pulpitem i palił papierosa. W pewnym momencie wypuścił z ust biały obłok i wyglądało to tak, jakby tylko on odpowiadał za tę biel dookoła. Jakby w ramach nudy produkował tu chmury.
W schronisku było prawie pusto, tylko przy jednym stoliku siedziała jakaś kobieta.
– Co niedzielę jestem – rzuciła od niechcenia, gdy tylko usiadłem. – Deszcz nie deszcz, nie ma siły, żebym nie była.
– Gondolki dziś pustawe – powiedziałem.
– A tam, mnie i tak nie stać – machnęła ręką. – Tyle co na pociąg, bo pod Bielskiem mieszkam. Niby jestem na emeryturze, ale chorą matką się zajmuję. A to jest, proszę pana, drugi i trzeci etat, robota od rana do nocy, bo ona już sobie mocno bezradzi…
„Bezradzi”- właśnie tego słowa użyła. Zobaczyła moje pytające spojrzenie.
– No wie pan – umyć, zjeść, posprzątać. Trzeba się mamą opiekować. Sześć dni w tygodniu. Ciężko jest.
– A siódmy? – zapytałem.
– Siódmego Bóg kazał odpoczywać. Przyjeżdża siostra z Bytomia, a ja wsiadam w pociąg i potem idę w góry. Zupę tu zjem, szarlotkę mi panie na wynos zapakują. Na więcej mnie nie stać. Ale ja nie mogę bez tego – powiedziała, sadowiąc się przy stoliku z talerzem pełnym pomidorowej. – O, niech pan zobaczy, nawet to białe na chwilę przewiało, widok się zrobił. Ja to mam szczęście. Smacznego.

Z maila:

„Zrób takie ćwiczenie – wbij cyrkiel na mapie w Bielsku-Białej i zrób kółko o rozstawie 50 kilometrów czyli średnio 45 minut samochodem. Wynik? Szczyrk, Wisła, Ustroń, Cieszyn, Żywiec, Pszczyna, Tychy, Katowice, Czechy, Słowacja…W góry i do lasu jeździmy autobusem miejskim… W środku tygodnia, po pracy w 15 minut jesteś sam na szlaku…”.
No to pojechałem. Wsiadłem w „ósemkę” pod Hotelem Prezydent, bo na wyświetlaczu miała napisane Szyndzielnia. Po drodze ze dwa razy musieliśmy mocno hamować, bo wiatr wpychał na ulicę puste śmietniki. Do ostatniego przystanku dojechałem tylko ja. Znałem drogę, byłem tu kiedyś, ale i tak zapytałem kierowcę, jak dojść do kolejki gondolowej.
– No ja nie wiem, czy jest sens – powiedział, spoglądając na uginające się od wiatru drzewa. – Żeby tam pana nie wybujało. Jakby co odjeżdżam za piętnaście minut.
Fundacja Grand Press Instytut Reportażu Wydawnictwo Karakter Polskie Radio Olympus Tygodnik Polityka Bla Bla Car Projekt i wykonanie
Michał Szota, 2015