Skrzydła dla kobiet

Płock — 1 lutego 2016 — Udostępnij 

Skrzydła dla kobiet

Płock — 1 lutego 2016 — Udostępnij 

– Chcesz o Płocku rozmawiać? To trochę przygnębiający temat. Lokal to marzenie po pięciu latach w korpo. Rzuciłam, choć było bezpiecznie, wypłata co miesiąc, karta do prywatnej przychodni i na siłownię. Ale poczułam, że jak się nie urwę, to już zostanę tam na zawsze. No więc władowałam wszystkie pieniądze w ten lokal. Po roku zaczynam czuć zmęczenie. Bo tu nagle jesteś szefem, zaopatrzeniowcem, PR-owcem, a jak trzeba to stajesz za barem albo przy grillu. Czasem kładę się o drugiej w nocy, wcześniej nie daję rady. Ale jakoś idzie. W Płocku brakuje słońca, witamina D, powiem ci, działa cuda. A tu wszyscy na siebie wilkiem patrzą. Ja się nie spodziewałam, że tyle negatywnych emocji doświadczę przy otwieraniu tego mojego Garażu. Jakaś taka bezinteresowna zazdrość. Mam tu sąsiada z knajpy obok, zaproponowałam, żebyśmy razem stoliki wystawili, żeby było jak w galeriach handlowych, są te foodcourty no nie? Bo jak dwie knajpy mają ogródek wspólny to jest fajniej. To co zrobił? Po tygodniu wprowadził do swojej oferty burgery. No trochę jednak ręce opadają.

– Rolnictwo kończyłam, chwilę pracowałam w zawodzie, gospodarstwo prowadziłam. Potem w rolniczych urzędach, ale to jest branża, w której rodzinne koneksje mają większą wagę niż kompetencje, więc mnie zwolnili. Dwa lata nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, w końcu otworzyłam pracownię krawiecką.
– I co szyjesz?
– Głównie to skrzydła.
– Co?
– Szyję i maluję jedwabne skrzydła dla kobiet, które tańczą taniec brzucha. Wysyłam je stąd na cały świat, na mapie masz zaznaczone szpilkami moje klientki. Powinno być więcej, ale właśnie szpilki mi się skończyły.
– I z szycia skrzydeł da się wyżyć?
– Mam takie miesiące, że się nie wyrabiam z robotą. Jak będzie szło tak, jak idzie, to nie będę mogła narzekać.

– Usłyszysz w Płocku, że się nie da, że stąd to się ucieka, że to jest miasto dziadków i wnuków, bo córy i synowie wyjechali za robotą. Wiele złego usłyszysz w tym Płocku. A my się tu specjalizujemy w tłumaczeniu młodym ludziom, że z Płocka nie trzeba uciekać, że tu można robić mnóstwo fantastycznych rzeczy. Otworzyliśmy klubokawiarnię: kawa z Berlina, książki z fajnych wydawnictw. Wszyscy mówili: „Pojebało Cię, księgarnię w Płocku otwierasz?”. Pukali się w głowę. Zapytaliśmy naszą koleżankę, która do liceum chodzi, jak ściągnąć do nas jej rówieśników. Pokazałem jej plakat, wołami tam napisałem, że księgarnia. A ona spojrzała i mówi, że tę księgarnię to ja muszę czym prędzej usunąć, że księgarnia to nie chwyci. Więc będę promował księgarnię bez słowa księgarnia. No dobra. Robimy na złość wszystkim tym, którzy mówią, że się nie da. Nazwaliśmy to miejsce Czerwony Atrament. Slavoj Žižek podczas Occupy Wallstreet powiedział, że czerwony atrament symbolizuje język, którym można wyrazić, że jest zupełnie inaczej, niż się wszystkim wydaje, że jest.

– Najbardziej to mnie wkurwiają ludzie, którym ciągle coś nie pasuje i nic nie robią, tylko czekają, aż im zacznie pasować. Że w Płocku nie ma roboty. No może nie jest różowo. Ja mam dobrą, ale wcześniej to bywało różnie. Lodówki nosiłem na czwarte piętro, a wieczorami słałem CV do firm. Zarabiałem 1200 złotych. To za resztkę oszczędności kupiłem z kumplem starego pickupa. Latem woziliśmy na nim reklamy, a zimą montowaliśmy mu pług i odśnieżaliśmy ulice. W końcu znalazłem lepszą pracę. Pracuję zmianowo: piętnaście razy w miesiącu po dwanaście godzin. No to mam pół miesiąca wolne, no nie? I wiesz, nie siedzę wtedy z założonymi rękami. Zacząłem robić meble z europalet i skrzynek, stworzyłem własną markę – Księciu Litewski. Jak mnie zapytasz, skąd ta nazwa, to ja nawet nie mam bajki żadnej, żeby ci sprzedać. Zamawiają te moje meble w całej Polsce, do Warszawy wysyłam, do Legnicy. W Płocku w Garażu stoją na przykład. Wiesz, ja uważam, że ludzie to mają za dużo pretensji do innych, a za mało do siebie. Stąd to narzekanie.

– Aparaty naprawiam od września 1983 roku i raz w urzędzie mi powiedzieli, że jestem najdłużej działającą bez przerwy firmą w tym mieście. Nie wiem czy to prawda, ale lubię sobie czasem tak myśleć. Zaczynałem pracować w Petrochemii, tam zakładałem Solidarność. Wie pan, nam się wtedy wydawało, że dzieją się w Polsce rzeczy straszne. A z perspektywy czasu myślę sobie, że musiała przyjść transformacja, żebyśmy się dowiedzieli, że są rzeczy straszniejsze. Możliwości i perspektywy jakie miało moje pokolenie u progu dorosłości, były moim zdaniem większe i lepsze niż te, jakie mają wchodzący dziś w dorosłość mieszkańcy Płocka. To jest dość smutna konstatacja. Ja bym dziś w dorosłość nie chciał wchodzić.

Fundacja Grand Press Instytut Reportażu Wydawnictwo Karakter Polskie Radio Olympus Tygodnik Polityka Bla Bla Car Projekt i wykonanie
Michał Szota, 2015